Jestem ambasadorką Piły w świecie (VIDEO)

07.10.2017

 

#piła   #wiedeń   #jowita sip   #opera   #śpiewaczka operowa   #kultura   #sztuka   

Uwielbiam Piłę i stwierdzam, że z każdym kolejnym pobytem widzę jak moje rodzinne miasto pięknieje - mówi Jowita Sip, śpiewaczka operowa w Wiedniu, która w Pile nagrywała materiał na płytę z tradycyjnymi polskimi pieśniami. 

Pani przygoda z muzyką rozpoczęła się od nauki baletu i gry na fortepianie, kiedy okazało się, że Pani powołaniem jest śpiew?
 
- Jako dziecko skakałam w pociągu po siedzeniach tańcząc i śpiewając piosenki Ałły Pugaczowej, ale nie zwiastowało to jeszcze, że będzie to mój zawód. Dopiero jako nastolatka zaczęłam się nad tym zastanawiać.
 
Baletu i gry na fortepianie uczyła się pani od 5 roku życia w Moskwie. Tam miała Pani też styczność z cenionym na całym świecie Teatrem Wielkim. Jaki wpływ miał na Panią spędzony tam czas?
 
- Z pobytu w Moskwie pozostały mi zamazane wspomnienia i starte baletki (śmiech). Czas spędzony w tym mieście był decydujący w całej mojej późniejszej karierze muzycznej, gdyż to tam ujawniono mój talent muzyczny. Przepiękne rosyjskie melodie klasyczne i estradowe tamtych czasów z pewnością wykształciły moją estetykę. Najpierw odkryto moje zdolności do gry na fortepianie. Nawiasem mówiąc osobą, która to dostrzegła była żona kosmonauty rosyjskiego- pani Griszczenko. A później pod opieką instruktora z Teatru Wielkiego przygotowywano mnie do szkoły
baletowej. Zajęcia te odbywały się w gmachu wspomnianego teatru. Jednak konieczność powrotu do Polski uniemożliwiła mi edukację w Moskwie. Kontynuacja nastąpiła w Pile, gdzie w wieku 6 lat (czyli o rok wcześniej niż inne dzieci) przyjęto mnie do szkoły muzycznej. Nie umiałam jeszcze pisać i nauczyciele musieli robić mi notatki.

Jaką rolę w Pani karierze odegrała Szkoła Muzyczna w Pile?
 
- To temat rzeka. Być może w przyszłości nadarzy się okazja o tym dłużej porozmawiać. Muszę natomiast wspomnieć, że największą rolę w czasie mojej edukacji w Pile odgrywała nieżyjąca już pani profesor Danuta Silska. Nie dość, że nawet w czasach mojej "niesforności" zawsze we mnie wierzyła, to jeszcze zaszczepiła uwielbienie do walców wiedeńskich, które grywaliśmy na cztery ręce podczas popisów klasowych. To jej instynkt
skierował mnie na drogę śpiewu klasycznego w światowej stolicy muzyki, jakim jest Wiedeń, gdyż pomysł ze śpiewem był właśnie jej.
 
Potem były: Wydział Wokalno-Aktorski Akademii Muzycznej w Bydgoszczy i Universität für Musik und Darstellende Kunst in Wien w klasie śpiewu solowego, dlaczego akurat te uczelnie Pani wybrała?
 
- Różne okoliczności wpłynęły na moje wybory dotyczące edukacji. Uczelnię w Poznaniu wykluczyłam, ponieważ brałam tam lekcje u bardzo szanowanej pani prof. Wdowickiej i nie chciałam stwarzać niezręcznej sytuacji o jakiekolwiek poplecznictwo. Nawiasem mówiąc, to właśnie ta pani profesor pierwsza oszacowała moją skalę głosową jako sopran koloraturowy. Pojechałam natomiast do Bydgoszczy, gdzie miałam przesłuchanie u wspanialej śpiewaczki i fachowca pani prof. Rymarczyk, która potwierdziła moje zdolności. Potwierdziły to również egzaminy na studia. I tak zostałam przyjęta na Akademię Muzyczną w Bydgoszczy do klasy kochanej pani Wiesi Kończewskiej. 
 
Universität für Musik und Darstellende Kunst in Wien to jeszcze inna historia. Mój wspaniały kolega, bardzo znany w Polsce tenor - Bogusław Morka - był pod takim wrażeniem brzmienia mojego głosu, że przedstawił mnie w Teatrze Wielkim profesorowi Szopskiemu. I tak zaczęły się moje podróże do warszawskiej opery na korepetycje u pana profesora. Pamiętam, że z powodu mojej figury nazywał mnie wykałaczką z zadkiem jak dwa ząbki czosnku (śmiech). I to właśnie pan profesor stwierdził, że muszę teraz zacząć śpiewać trochę w kategorii światowej. Tak zmotywowana znalazłam genialnego wręcz profesora Gerharda Kahrego - wybitnego specjalistę włoskiej techniki wokalnej  bel canto, z postanowieniem studiowania w jego klasie, w mekce muzyki klasycznej jaką jest Wiedeń. Było chyba 140 kandydatów z całego świata,. Każdy wydawał mi się lepszy niż ja. Ale 16 - osobowa komisja przyjęła 15 osób, w tym mnie. Bycie absolwentem uczelni, na której studiował światowej sławy dyrygent Claudio Abbado, jest moim największym osiągnięciem życiowym.
 
Występowała Pani na wielu scenach operowych niemal całego świata. W Japonii, w Hiszpanii, w Niemczech, w Austrii, w Chorwacji, we Włoszech, no i oczywiście w Polsce. Które z tych występów utkwiły Pani najbardziej w pamięci?
 
- Zdecydowanie występ w wiedeńskiej Volksoper. Wcześniej nawet nie śmiałam o tym marzyć. Ale fajne są te, które odbiegają od standardowych koncertów. Jeden miał przyjemną, nieplanowaną konsekwencję. Śpiewałam na jubileuszowej imprezie najstarszego klubu narciarskiego na świecie w St. Anton. Zrobiłam chyba dobre wrażenie, gdyż po roku zostałam przyjęta do elitarnego bractwa St.Christof, gdzie członkami są
koronowane głowy, m.in.: królowa Szwecji czy król Norwegii. Inny był wynikiem współpracy z mistrzynią świata w Bodypainting B. Moertl.
Występowałam wówczas pomalowana na całym ciele, ze świtą tancerzy na scenie. Śpiewałam utwór z opery Lakme, w nowoczesnej aranżacji zrobionej specjalnie dla mnie przez gitarzystę Madonny- Wolfganga Stoelzle i Studio ARTRA .

Czy jest jakiś utwór lub opera, który szczególnie lubi Pani wykonywać?
 
- Jest ich wiele, jestem nienasycona. A ile można jeszcze skomponować!
 
Jest Pani pilanką, która osiągnęła międzynarodowy sukces w bardzo elitarnej dziedzinie jaką jest śpiew operowy. Bez talentu, absolutnego słuchu i określonej skali głosu nic by z tego nie było. Ktoś z pani rodziny miał wcześniej takie predyspozycje?
 
- Ukierunkowanie przez rodziców miało ogromne znaczenie ale muzycznych tradycji w domu nie mieliśmy.

A jak dużo pracy musiała Pani włożyć żeby ten sukces osiągnąć i ile czasu poświęca Pani, żeby utrzymać się na szczycie?
 
- Bardzo dużo. Dobrze, że artyści nie są świadomi od początku, jak trudne będzie ich życie zawodowe, ponieważ pewnie nikt by się tego nie podjął. Bo Wiedeń dla muzyka to paszcza lwa - podobnie jak Hollywood dla aktora. Późniejsze wynagrodzenia są absolutnie niewymierne w stosunku do wydanych (prywatnych) pieniędzy na edukację i włożonego czasu. Świat operowy zmienił się w sposób przerażający. Nie wystarczy dziś umieć, a nawet wyglądać. Trzeba jeszcze zaszokować, tak jak w branży rozrywkowej. A ja nie mogłabym być np. Conchitą Wurst i do końca życia chodzić z brodą. Nigdy nie poddałam się "baaaardzo kreatywnym" pomysłom agencji PR. Ale może po prostu brakowało fajnego pomysłu. Wciąż czekam na ciekawe propozycje. Ale i bez tych marketingowych zabiegów rozwijam swoją karierę (śmiech).
 
Pewnym wymiernikiem mojego dorobku jest m.in rejestracja mojej osoby w państwowej instytucji muzyków w Austrii "Music Austria". Zasypiam i budzę się z muzyka. To już obsesja.

Nagrywa Pani płytę z tradycyjnymi polskimi pieśniami. Jakie to będą pieśni i dlaczego na taki program płyty się Pani zdecydowała?
 
- Znane i przyjemne. Każdy będzie je mógł zaśpiewać sam. Wiem , ze nadal nic nie wyjaśniam ale to niespodzianka. Mogę tylko zdradzić tytuł: "Znasz-li tę pieśń". Jest to moja pierwsza płyta po 20 latach mieszkania w Wiedniu, dlatego zdecydowałam się na
akcent polski - back to the roots.
 
Nagrania odbywały się również w nowej pilskiej Sali Miejskiej, czy spełniła ona Pani oczekiwania?
 
- Świetnie wszystko przygotowane, byłam pod wrażeniem. Jeszcze raz dziękuje.

Mieszka Pani na stałe w Wiedniu, jak często odwiedza Pani Piłę i jak ocenia zmiany jakim ulega Pani rodzinne miasto?
 
- Z radością stwierdzam, ze z każdym kolejnym pobytem w Pile moje rodzinne miasto pięknieje. Nie odbiega od standardów innych europejskich miast. Uważam się za jedną z najlepszych ambasadorek Piły, gdyż tyle dobrego o niej opowiadam znajomym. Uwielbiam moje miasto a o wszelkich zmianach jestem informowana przez brata (to zawsze pierwsza informacja telefoniczna na dzień dobry). Ze względu na moje podróże mam porównanie z innymi miastami świata i naprawdę my pilanie nie musimy mieć kompleksów. Ale jak to zwykle bywa "najciemniej pod latarnią" albo "cudze chwalicie a swego nie znacie" (śmiech).
 
Fajnie byłoby jednak, gdyby widać było więcej ludzi na ulicach, czy w kawiarniach. Mam wrażenie, że Piła nie tętni takim życiem, na jaki ma potencjał. Być może za słaba albo zbyt droga jest gastronomia. Może trzeba byłoby też rozwinąć taka infrastrukturę w centrum miasta - np. budynki uczelni, centra kulturalne - wokół których kręciłoby się życie nie tylko handlowe. To takie moje marzenie. Teraz mieszkam w dzielnicy wiedeńskiej, gdzie jest dużo punktów gastronomicznych z bardzo przystępnymi cenami, wokół których toczy się życie towarzyskie. Na takim podejściu korzystają zarówno lokale jak i mieszkańcy. I świat się kreci. Miło byłoby przenieść tę atmosferę na ulice Piły (śmiech).
 

Dziękuję Pani za rozmowę. 

To może Cię także zainteresować:
Dominik marzy o bieganiu. Możemy mu pomóc!
Uwaga dzisiaj może powiać!
Za nami Pilski Jarmark Bożonarodzeniowy

NASTĘPNE >

 

 

red. | źródło: Piotr Gadzinowski; zdjęcia: zbiór prywatny, diefotografin.at,

1  /  9